Lucyna Winnicka-Kawalerowicz - wspomnienie

Kategoria: Artykuły Opublikowano: niedziela, 28, styczeń 2018

9 grudnia 2017

Jerzy Kiersz

Lucyna Winnicka-Kawalerowicz
(14.07.1928 – 22.01.2013)
Wspomnienie

 

(opublikowano za zgodą Autora)



Mija pięć lat gdy odeszła od nas wspaniała aktorka, podróżniczka i reporterka. Podziwialiśmy Ją na ekranie dużym i małym. Światła reflektorów, oklaski, nagrody i wielka sława – to było życie Lucyny Winnickiej-Kawalerowicz. Główne role w filmach: „Pociąg” i „Matka Joanna od Aniołów” na długo pozostały w pamięci i przeszły do klasyki polskiego kina. Nikt nie miał wątpliwości że to aktorka niezwykła. Ale też chyba nikt nie spodziewał się, że u szczytu sławy odejdzie od aktorstwa i zacznie podróżować po krajach Wschodu, a cuda z tamtego świata będzie opisywać w „Przekroju”, „Literaturze” i „Argumentach”. Po powrocie z Indii, Nepalu i Tajlandii zapragnęła by w Polsce stworzyć takie miejsce, w którym każdy czułby się bezpiecznie, gdzie w ciszy i spokoju mógłby pracować nad własnym rozwojem i uczyć się życia w harmonii z sobą i otaczającym światem. Początkowo miała to być farma.

Wykorzystując swoją popularność, wiedzę i talent, Lucyna zaczęła realizować cele społeczno-edukacyjne na skalę ogólnopolską. W peerelowskiej rzeczywistości dokonała rzeczy niezwykłej. W murze socjalistycznej świadomości wyrąbała dziurę i przez tą dziurę wprowadziła powiew marzeń o innym życiu. Oswajała nas i przygotowywała do nowej rzeczywistości, na którą trzeba było jeszcze trochę poczekać. Pomagała Polakom zrobić ogromny krok wprzód w uleczeniu zranionej duszy narodu, poturbowanej przez lata socjalizmu. Śmiało można powiedzieć, że należała do grona „Ludzi Wolności”.

Lucyna nawiązuje kontakt z Lechem Emfazym Stefańskim – ówczesnym prezesem Stowarzyszenia Radiestetów i realizuje telewizyjny film, w którym rękoma iluzjonisty pokazuje jak przeprowadzane są bezkrwawe operacje na Filipinach. Stowarzyszenie Radiestetów skupiało wówczas ludzi zajmujących się nie tylko radiestezją, ale także zjawiskami nieznanymi i tematyką dla której nie było miejsca w socjalistycznej przestrzeni. Lucyna uruchamia tu „Sekcję Jogi Oddechowej” i od razu wprowadza odmienne zwyczaje niż panowały w Stowarzyszeniu Radiestetów. Przed drzwiami miejsca spotkań pozostawiamy nie tylko buty, ale także swoje nazwiska, tytuły i dyplomy. Wszyscy zwracamy się do siebie po imieniu, wszyscy jesteśmy równi. Najczęściej zajmujemy miejsca w kręgu na podłodze. Stonowana muzyka i płomień świecy uzupełniają i tak już specyficzną atmosferę. Charakterystyczną częścią tych spotkań był tzw. „sharing” (czyt: szering), czyli dzielenie się swoimi doświadczeniami i odczuciami, przy czym nie wolno zwracać uwagi, ani też krytykować. Osoba prowadząca spotkanie staje się uczestnikiem tego spotkania, bowiem wzajemna nauka daje mniej skłonności by dzielić rolę na nauczyciela i ucznia. Na pierwszy plan Lucyna wysuwa ideę humanitaryzmu, empatii i bezinteresownej miłości między ludźmi. Taka atmosfera sprzyja budowaniu przyjacielskich kontaktów. Uczestnicy tych spotkań szybko się zżywali i nawiązywali kontakty pełne ży-czliwości, a wiele z nich przetrwało do dziś.

Lucyna była osobą niezwykle kontaktową i z dziecięcą łatwością zapraszała do Polski specjalistów różnych dziedzin, by uczyli nas lepszego sposobu życia i myślenia, byśmy stawali się bardziej samodzielni, samowystarczalni i świadomi naszych prawdziwych możliwości. Zapraszani goście przyjeżdżali dosłownie z całego świata: z Ameryki i Australii, z Indii i Szwajcarii, z Wielkiej Brytanii i Francji. Najczęściej mieszkali i żywili się u Lucyny. A pamiętać trzeba jakie to były czasy. Wprawdzie ocet jeszcze nie zajmował honorowego miejsca na półkach sklepowych i nie wprowadzono kartek na mięso, ale wszystko prężnie zmierzało w tym kierunku.

Lekcja kapitalizmu

Jednym z pierwszych gości, jakich Lucyna zaprosiła do Polski, był Jack Szumiel z USA. Miał nas uczyć nowego sposobu życia i pokazać jak działa gospodarka rynkowa. Ale w czasach realnego socjalizmu nie było to łatwe zadanie. Jack nie wyglądał na człowieka z wypchanym portfelem, nie miał też kowbojskiego kapelusza jakie wówczas widywaliśmy na amerykańskich filmach. Podobny był do nas, tyle że miał ścieralne dżinsy, o jakich my wtedy tylko marzyliśmy. I tak rozpoczął spotkanie:
Stoicie w długich kolejkach i narzekacie że nie ma mięsa, zamiast zastanowić się, co zrobić, żeby sytuacja uległa poprawie. Musicie inaczej zorganizować swoje życie. Wymyślcie teraz 20 sposobów żeby mięso było dostępne dla każdego. Pozwólcie sobie na fantazjowanie, bo tak się rodzi nowa rzeczywistość. To, co dziś wydaje się wam nierealne i niemożliwe, jutro może stać się rzeczywistością. Wielkie marzenia kreują wielkie rezultaty. Nie pozwólcie aby wasze marzenia zarosły chwastami!

Ale po takich słowach niezwykłego nauczyciela na sali wybuchał śmiech i złośliwe komentarze, bo to przecież niemożliwe. Gdy w czasach PRL-u na rynku pojawiały się cytryny, banany, nie wspominając już o mandarynkach, ustawiały się gigantyczne kolejki. Czymś całkiem normalnym było wpychanie do kolejek staruszków i kobiet ciężarnych po przysłowiową kostkę masła. Lodówkę i pralkę trzeba było załatwiać, a nie kupować, zaś telewizory bywały w Peweksie za bony dolarowe. Samochód najlepiej było załatwić na tak zwany przydział, czyli na talony. Nowiutkiego fiata, albo wartburga od ręki można było sprzedać na giełdzie za podwójną cenę. Prawdziwym rarytasem było zdobycie papieru toaletowego. Mając wyjątkowe szczęście i sznurek do przewleczenia rolek tego specyfiku, nabywało się go gdzieś przypadkiem w odległej dzielnicy i z przewieszonymi przez ramię papierowymi koralami szczęśliwy nabywca wracał do domu, a przechodnie pytali gdzie to kupił. W dobrym tonie było obdarować przyjaciół jedną rolką tego specyfiku. W tamtych czasach tylko babcie klozetowe miały władzę absolutną nad jedynymi papierami wartościowymi.

A Jack ciągnął dalej: - Jeśli chcecie żyć lepiej, musicie stać się samodzielni, samorządni i samowystarczalni psychicznie, ekonomicznie i finansowo. Odkryjcie swoje prawdziwe marzenia i zacznijcie je realizować - tu i teraz. I nie bójcie się ich, one są częścią naszego życia. Jeśli przestajemy marzyć - przestajemy zmieniać świat na lepszy. To, o czym marzysz, czego oczekujesz od życia, jest twoją siłą napędową. Każdy ma prawo do realizacji swoich marzeń, więc skup się na tym co chcesz osiągnąć i dodawaj do tego pozytywną energię, a zaczniesz tego doświadczać.

Jack przedstawił kilka prostych i fascynujących przykładów z gospodarki amerykańskiej, tyle, że w epoce realnego socjalizmu nie było to ani zrozumiałe, ani przekonywujące. A całe spotkanie z amerykańskim nauczycielem stawało się dziwaczne, żeby nie powiedzieć szokujące.

Chcesz godnie żyć i zarabiać na życie, to kup 10 garniturów i sprzedaj je o 10 % drożej, a zarobisz na garnitur dla siebie – wyjaśniał nasz nauczyciel. A może lubisz samochody i znasz się na nich dobrze. Zacznij nimi handlować. Jeśli na każdym z dziesięciu sprzedanych aut zarobisz 10 %, to będzie bardzo przyzwoity zarobek. Słysząc takie słowa amerykańskiego nauczyciela, pukaliśmy się w głowę szepcząc sobie do ucha, że nasz wykładowca chyba zwariował. Na cholerę mi 10 samochodów? Przecież jak załatwię przydział na fiata, to od ręki sprzedam go na giełdzie za podwójną cenę. Zresztą skąd wziąć aż 10?

Wreszcie przyszedł czas, kiedy nasz nauczyciel zaczął mówić konkretniej o pieniądzach. Uczył jak z nimi sobie radzić, jak je wydawać, jak wyrobić w sobie nawyk oszczędzania, jak się nimi dzielić z innymi i jak inwestować. Teraz zaczęły się dla nas prawdziwe schody. Co byście zrobili posiadając dużą fortunę – zapytał nasz wykładowca i wymienił jakąś gigantyczną kwotę. Ale nasze pomysły okazały się wyjątkowo blade. Nie mieliśmy pojęcia co można zrobić z tak dużymi pieniędzmi.

Jack zaproponował abyśmy zainwestowali w niepewny interes. Każdy miał prawo przeznaczyć na ten cel dowolną kwotę jaką uzna za stosowne, ale bez ryzyka. Doradził, by zostawić trochę gotówki na powrót z treningu do domu. Mieliśmy uważać, żeby ewentualna strata nie spowodowała katastrofy w budżecie domowym. W tym ćwiczeniu okazaliśmy się wyjątkowo hojni. Ryzykowaliśmy. Do Jack`owego kapelusza posypały się grube banknoty. A kiedy kapelusz był już pełny, Jack tak skomentował: – No proszę, narzekacie na brak pieniędzy, a tu niezła sumka się zebrała. Podchodził do różnych osób, zwłaszcza do szczególnie narzekających na brak gotówki i proponował, aby skorzystali z okazji i zebrane pieniądze w coś zainwestowali. Ale nikt się nie ośmielił wziąć, bo to przecież nie jego pieniądze. W takim razie Jack zaproponował aby rozdać te pieniądze jak leci. I tym razem grupa ostro zaprotestowała. Dałem dużo, a teraz może wróci do mnie jakiś mały banknot – ktoś krzyczał. A Jack spokojnie komentował - No to co? Ponieważ nie chcecie gotówki, nie pozwalacie jej rozdać, w takim razie forsa jest moja! -To nie uczciwe – wszyscy wrzeszczeli – tam są moje pieniądze!

Zrobię z nimi co zechcę - podpalę! Podniecenie na Sali rosło. Jak to, on to tak sobie podpali? A Jack spokojnie mówił: Nic nie pozwalacie zrobić, podobnie jak w swoim kraju. Blokujecie przepływ energii. Zobaczcie, ciągle mamy tyle samo pieniędzy, a wy jesteście coraz bardziej podekscytowani. Jack wyciągnął zapalniczkę i powoli zbliżał ją do banknotów. Wszystkie ręce wyciągnęły się do Jack`owego kapelusza. A towarzyszyły temu wrzaski i okrzyki: Nie! Nie rób tego! Tam są moje pieniądze! Oddaj je! Ale Jack był twardy, nie odpuszczał i spokojnie odpowiadał: To moje pieniądze, zebrałem i mogę z nimi zrobić co tylko zechcę…

Jeszcze tego wieczora działo się wiele z pieniędzmi i bez nich zresztą też. A było czego się uczyć. Cały ten trening był po to, by zobaczyć jak wielkie mamy ograniczenia w myśleniu i działaniu, a także po to, by zacząć je przełamywać, choć dla postronnego obserwatora mogło to wyglądać na dziwną zabawę. Z całą pewnością nie wszyscy skorzystali z nauk głoszonych przez amerykańskiego nauczyciela. Formalny organizator zajęć otrzymał wezwanie na milicję. Musiał się biedak sporo tłumaczyć, bo postawiono mu zarzut organizowania kursów palenia pieniędzy. I tak się skończył jeden z pierwszych treningów jaki poprowadził Jack Szumiel z USA na zaproszenie Lucyny Winnickiej-Kawalerowicz. Z czasem zaczęliśmy się jednak uczyć nowego.

Świadome oddychanie

Ryzykując krytykę i niezrozumienie w peerelowskiej rzeczywistości, Lucyna odważnie zainicjowała wiele technik holistycznych. Można powiedzieć, że swoimi marzeniami wybiegła daleko wprzód do czasu, który miał dopiero nadejść. Otworzyła drzwi do „światów nieznanych”. Prawdziwym hitem tamtych lat była technika o nieco tajemniczej nazwie „Rebirthing” (czytaj: riberting), w skrócie zwana RB. Polega ona na specyficznym sposobie oddychania, co daje możliwość odzyskania kontaktu z całym sobą i pomaga w przekroczeniu uwarunkowań umysłu. Określenie to nie jest precyzyjne, ale tak się wówczas o tym mówiło. Metodę opracował Leonard Orr ze Stanów Zjednoczonych w początkach lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Lucyna, zaprosiła twórcę do Polski. Leonard Orr przyleciał ze swoimi asystentami i razem rozpoczęli treningi. A po jego wizycie zaczęli przyjeżdżać instruktorzy tej metody z różnych stron świata i prowadzili treningi w całej Polsce. Rebirthing zyskał popularność i uznanie w całym kraju, choć miał także swoich przeciwników. Utworzona przez Lucynę Sekcja Jogi Oddechowej szybko się rozrosła i stała się Centralnym Ośrodkiem Rebirthingu w Polsce. Lucyna wprowadziła coroczną rejestrację osób upoważnionych do prowadzenia sesji RB - tzw. „rebirtherów rejestrowanych” – podobnie jak to ma miejsce na całym świecie. Lucyna ceniła związek Leonarda Orr`a z jego guru – Babajim, lecz uważała to za sprawę osobistą Leonarda i nie wiązała tego z działalnością Sekcji. Tymczasem wpływ Babaji`ego na Orr`a, a poprzez niego na Rebirthing był niewątpliwy. Podobnego zdania była spora część osób korzystająca z tej metody. Myślę, że dlatego duża część społeczności rebirtherów zadecydowała o odłączeniu od Sekcji Jogi Oddechowej i założyła własne „Stowarzyszenie Rebirtherów Polskich” z miejscem na treningi w Silnej Nowej – podobnie jak to ma miejsce w świecie.

Prawdziwy siew zdrowia

Podróżując po świecie Lucyna wielokrotnie zetknęła się z metodą zwaną Polarity, m.in. w aszramie Swami Muktanandy w Indiach i na festiwalu „Body - Mind - Spirit” w Nowym Jorku. Od samego początku była przekonana, że to metoda bezpieczna i nieinwazyjna, a przy tym dająca niesłychanie pozytywne rezultaty. Polarity to coś więcej niż technika pracy z ciałem, to sposób życia i myślenia, to uświadomienie sobie, co znaczy żyć w harmonii z sobą i przyrodą, z ludźmi i z wszechświatem, to cały system ochrony zdrowia prowadzony różnymi drogami. System Polarity jest mądrym i zdroworozsądkowym sposobem życia. Uczy jak doprowadzać do harmonii energetycznej własny organizm, a także jak żyć w harmonii z ludźmi, z otoczeniem, przyrodą i jej prawami. Zasady Polarity można stosować na każdym poziomie począwszy od najprostszych, stopniowo je pogłębiając i rozszerzając ich zasięg. Ważna jest tu zarówno znajomość pewnych prawideł, jak i samodyscyplina w ich przestrzeganiu i stosowaniu. Dlatego, jak w każdej metodzie, chodzi o zrozumienie istoty systemu i naszą wewnętrzną uczciwość w przestrzeganiu przyjętych reguł. A proste ćwiczenia są jak elementarz, który uczy czytać.

W czasie wizyty u Leonarda Orr`a w Hot Spring w Kalifornii, Lucyna poznała nauczycielkę Polarity - Jordanę Milikić-Ciglar z Jugosławii i zaprosiła ją do Polski. Wiosną 1980 r. Jordana przeprowadziła pierwsze seminarium z Polarity w Ośrodku Szkolenia Kadr Kierowniczych w Dębem koło Warszawy i kilka pokazów w Warszawie, a pięć lat później większe szkolenie w Akademickim Centrum Rehabilitacji w Zakopanem, gdzie gospodarzem był dyrektor tegoż Centrum lek. med. Eustachiusz Gadula. W spotkaniu brali udział zapaleńcy metody, lekarze, średni personel medyczny. Spontanicznie pojawiali się studenci przebywający na leczeniu. Przypadkowi ludzie byli tu nieprzypadkowo razem. Łączyła ich chęć doskonalenia się, niesienia życzliwości innym. Czuli się wielką rodziną, chociaż spotkanie trwało zaledwie kilka dni. Ciepli dla siebie, serdeczni, uczyli się nie tylko techniki wyrównywania energii, nakładania rąk – uczyli się pozytywnego myślenia. Jordana przekonana jest, że zdrowy sposób życia i myślenia daje równowagę i zadowolenie bez uciekania się do drastycznych metod. Uczyła nas niekontrolowanej uczciwości do samego siebie. Okazało się, że wcześniej wpojone zasady blokują łatwość wprowadzenia zmian, jest to trudne, ale możliwe. Lucyna cały czas brała udział w tych spotkaniach, pomagała Jordanie, pełniła rolę opiekuna i tłumacza.

Inne techniki

Lucyna wprowadzała różne formy pracy nad rozwojem człowieka, aby każdy mógł znaleźć najwłaściwszą drogę dla siebie. Ciekawe zajęcia prowadził znany francuski psychoterapeuta i trener o szerokim humanistycznym spojrzeniu na człowieka - François J. Paul-Cavalier. Na zaproszenie Lucyny przyjechał też John F. Thie ze swoją metodą „Touch for Health - czyli Dotyk dla zdrowia”. I wreszcie egzotyczny Swami Samantananda z Indii opowiadał o starej tradycji Sidha-Joga i prowadził medytacje. Lista zapraszanych gości jest długa i nie sposób ją tu przytoczyć. Lucyna współpracowała także z wybitnymi specjalistami z Polski, m.in. z prof. Julianem Aleksandrowiczem, który doradzał w wielu sprawach programowych.

I oto Rebirting, Polarity, Touch for Health, metody psychologii humanistycznej, oraz propozycje Dalekiego Wschodu na dobre zagościły w naszym kraju i stosowane są do dziś.

To dzięki różnym inicjatywom Lucyny Stowarzyszenie Radiestetów (później zwane Polskie Towarzystwo Psychotroniczne) dosłownie rosło w oczach. Testowano tu nowe techniki. Dla wielu osób niesamowitym doświadczeniem były pierwsze świadome głodówki. Organizowały się też grupy samopomocowe, które działały przez wiele lat. Właśnie wtedy wykształciła się kadra polskich instruktorów, którzy później kierowali pracami w całym kraju.

Akademia Życia

I tak pomału, ale skutecznie Lucyna utworzyła „Akademię Życia” - jedną z pierwszych pozarządowych organizacji samopomocowych. Nie obowiązywały tu egzaminy wstępne, świadectwa szkolne, ani też limit wieku. Drzwi Akademii otwarte były dla każdego, kto chciał uczyć się zdrowego sposobu życia i pozytywnego myślenia. Wszystkie spotkania i zajęcia uczyły nas – Polaków, jak brać odpowiedzialność za własne życie i zdrowie, jak likwidować negatywne skutki stresu, jak zachowywać harmonie miedzy ciałem i umysłem. Zainteresowani spotykali się nie po to aby wzajemnie się oceniać, lecz po to, by poznawać samego siebie, oczyszczać się z negatywnych wzorców myślowych i przekształcać swoją rzeczywistość na bardziej optymistyczną. W Akademii Życia nie zajmowano się ani leczeniem, ani psychoterapią, chociaż wśród uczestników byli psycholodzy, lekarze i inni pracownicy służby zdrowia. Programowo były to nieprofesjonalne grupy samopomocowe zajmujące się rozwijaniem świadomości własnego zdrowia i powodzenia. Skoro jest Akademia, to dziennikarze żartobliwie nazwali Lucynę Panią Magnificencją. I tak Lucyna została Rektorem Akademii Życia.

W każdy wtorek na warszawskim Żoliborzu przy ulicy Gołębiowskiego 5 odbywały się otwarte spotkania Akademii Życia. Lucyna ciepło i serdecznie przyjmowała wszystkich i dla każdego starała się znaleźć czas. Życzliwym podejściem stwarzała niepowtarzalną atmosferę bezpieczeństwa i spokoju. Chyba każdy Jej rozmówca czuł się jak ktoś wyjątkowo ważny. Znakiem szczególnym tych spotkań był serdeczny uścisk powitalny i mówienie sobie po imieniu. W zajęciach brali udział ludzie najprzeróżniejszych zawodów, studenci, naukowcy i artyści w różnym wieku - od 19 do 65 lat. Lucyna miała niebywałą umiejętność integrowania różnych pokoleń. Przyjeżdżali tu zostawiając otoczenie zawodowe i rodzinne, często pełne stresów i przeżyć niekiedy na pograniczu życia i śmierci. Dla osób znajdujących się w niezwykle trudnej sytuacji życiowej, Lucyna organizowała pomoc, także finansową – zawsze jako „niewidzialna ręka”. A niektórzy przypuszczali, że nie będzie miała dla nich czasu. Ona była dla każdego, zwyczajna, skromna i życzliwa. Lubiła być oczekiwaną, więc troszkę się spóźniała na spotkania.

W kilku programach telewizyjnych i radiowych przybliżyła działalność Akademii Życia i przyciągnęła wielu zainteresowanych z różnych stron Polski. Wkrótce powstały filie Akademii Życia i doszły nowe obowiązki - odpisywanie na liczne listy od telewidzów i słuchaczy radiowych.

Dziś świat nieco się zmienił. Każdy może zrobić sobie własną Akademię Życia. To, co przed laty było niedostępne i nieznane, a często i niedozwolone, obecnie jest powszechnie stosowane. Drzwi do „światów nieznanych” są dziś otwarte. I niezależnie jak się na to patrzy i wspomina tamte czasy, współpracownicy i uczestnicy Akademii Życia zgodnie twierdzą, że Lucyna swoją postawą, a także poprzez zapraszanych gości, pokazała jak żyć w pełni świadomie z otwartym sercem i umysłem, Pomogła zrobić ogromny krok wprzód w uleczeniu zranionej duszy narodu, poturbowanej przez lata socjalizmu. Swoją pracą i zapałem wniosła optymizm i energię w życie Polaków. Oswajała nas i przygotowywała do nowej rzeczywistości. Była doroślejsza od nas. A skutki Jej pionierskich poczynań widać na każdym kroku. Nie tylko w prywatnych ośrodkach zajmujących się technikami Dalekiego Wschodu, ale choćby i w Uniwersytetach Trzeciego Wieku. Czasem wystarczy jedna osoba, która zdecyduje się zrobić coś niezwykłego, a dzięki niej w umysłach innych, rodzą się nowe możliwości. Lucyna była pierwszą powojenną aktorką, która po odejściu od zawodu, swój czas i umiejętności ofiarowała Polakom.

Zwykle 30 czerwca każdego roku grupka przyjaciół odwiedzała Lucynę, by złożyć Jej imieninowe życzenia, także wtedy gdy była już chora. Pewnego dnia ktoś przyniósł książkę z aforyzmami. Każdy czytał wybrany fragment. Gdy książka trafiła do rąk Lucyny, mimo postępującej choroby usłyszeliśmy prawdziwy głos aktorki.

Wszystkim którzy znali Lucynę, chciałem przypomnieć jak wiele Jej zawdzięczamy, bo często nie zdajemy sobie z tego sprawy. A tym, którzy Jej nie znali - może troszkę opowiedziałem o Jej działalności.


„Są działania, które nigdy nie idą na marne.
Są doświadczenia z których korzystają setki ludzi.
Są osiągnięcia, które budują szacunek i uznanie.
Są ludzie, których praca, wysiłek, zasługi są bezcenne.”
Ale jak to bywa, że wielcy ludzie, odchodzą w ciszy.